Osobiste Guguły

Wioletta Grzegorzewska, Guguły

Pokolenie czterdziestolatków szczególnie, choć nie tylko, powinno przeczytać GUGUŁY Wioletty Grzegorzewskiej, aby sprawdzić czy klimat odmalowany przez autorkę w 24 opowiadaniach, odpowiada obrazom ich pamięci o własnym dzieciństwie z lat siedemdziesiątych i dojrzewaniu dekadę później.

Tę książkę przeczytacie szybko; pewnie skończy się prędzej, niż byście sobie tego życzyli i zostawi z myślami, które zaskoczą siłą skojarzeń i ożywionych wspomnień – o ludziach i miejscach, których już nie ma, o przebrzmiałych wydarzeniach i zupełnie błahych historiach.

To opowieści utkane z nitek pamięci o rodzinie, sąsiadach i o sobie, oraz o codzienności, w której dni  niczym się od siebie nie różną, a ich przewidywalność wyznaczają pory roku i kalendarz katolickich świat; to pajęczyna zdarzeń i ludzkich losów, splecionych razem, czasem ciaśniej, czasami zupełnie luźno, zawsze jednak z perspektywy jednej osoby – najpierw dziewczynki, później dziewczyny, Wioli.

Główna bohaterka i narratorka zabiera czytelnika w swój bardzo intymny świat, przedstawia rodzicom i dziadkom, ciągnie do sąsiadów, prowadzi do kościoła, na odpustowe stragany i na okoliczne pola, później również do szkoły; dzieli się swoimi odkryciami na temat życia i świata oraz pierwszymi doświadczeniami – straty, rozczarowania, ale też fascynacji. Opowiada o przeszłości prawie bez emocji, rekonstruuje skrawki swojej osobistej historii, zostawiając komentarz i ocenę czytelnikowi.

To proza bardzo sensualna, w której oszczędne zdania malują realistyczne sceny, wzbogacając je o zapachy i dźwięki; czytając pojedyncze frazy można zmarznąć w gościnnym pokoju ucząc się niemieckich słówek, poczuć woń ałunu, butaprenu i nadpsutego mięsa, zobaczyć na kuchennym stole wypatroszonego jastrzębia, a w końcu usłyszeć szelest wyplatanej dla niego z drutu konstrukcji; albo zakrztusić się papierosowym dymem, a zaciągnąć wonią podłogi mytej wodą z octem. Można też przypomnieć sobie o tym, w czym większość wtedy brała udział – o coniedzielnych wyprawach do kościoła, odpustach ze straganami, sklepach bez towarów, o darach zza granicy, o szkolnych konkursach na temat przyjaźni polsko-radzieckiej, mroźnych zimach, sąsiedzkiej pomocy, obrazie Matki Boskiej chodzącym po domach i przerwach w dostawach prądu. Ale można też poznać bardzo intymne wspomnienia Wiolki – o lekarzu pedofilu, próbie samobójczej, dojrzewaniu, pierwszych doświadczeniach seksualnych, ucieczce z domu czy pierwszej niespełnionej miłości. Wszystko odmalowane subtelnie i poetycko.

To opowieści z kraju, którego już nie ma.

Świat przywoływany na kartach książki żyje już tylko w pamięci, a ta zawsze jest subiektywna i pamięta inaczej. Każdy pamięta po swojemu. Wspomnienia Wiolki są tylko jej, a mimo to są również czytelnika.

Wioletta Grzegorzewska i Guguły
Wioletta Grzegorzewska Guguły

Czytam i sama zaczynam wspominać – wakacje u babci na wsi: lalki z kolb kukurydzy, mak wyjadany wprost ze świeżych makówek, dyżury w sadzie czereśniowym, gdzie odganialiśmy szpaki strzelając z karbitu; czekoladę na kartki, komunijną sukienkę szytą na miarę, sypanie kwiatków, kolejki za papierem toaletowym i pomarańczami, zbieranie jagód i kolekcjonowanie kolorowych puszek po napojach, pochody pierwszomajowe, klasowe wykopki i sadzenie lasu, picie jodyny jako odtrutkę na Czarnobyl, szkolne dyskoteki z muzyką Italo Disco, kreszowe dresy i neonowe opaski do włosów, Okrągły Stół i egzaminy do liceum, które otworzyły nowy etap. Czytając GUGUŁY, też przypomnisz sobie swoją wersję tamtych czasów.

Jednak pamiętane rzeczywistości mogą być różne. Składa się na nie tyle przeróżnych drobiazgów, niewiele znaczących zdarzeń, ukradkowych spojrzeń, przypadkowych spotkań, które wylatują z pamięci, a mimo to determinują przyszłość, nie dając po sobie poznać, że odgrywają w ogóle jakąś rolę. Osobiste okruchy pamięci, nawet te zapomniane, naznaczają po swojemu, bardzo różnie rozkładając akcenty, raz wyciągając, raz chowając to, co najcenniejsze. Aż przychodzi do zetknięcia się z ostatecznością – zwykle ze śmiercią, wtedy dojrzewanie dobiega kresu, a w głowie odzywają się po raz pierwszy świadomie – rozsądek i odpowiedzialność. Rzadko kto czuje się na to gotowy.

Wchodzenie w dorosłość nigdy nie było proste, dzisiaj też nie jest. Od pokoleń czas upływa za szybko, zwykle nie dając czasu, by dojrzeć w pełni. Dlatego pewnie jesteśmy jak tytułowe GUGUŁY, do końca zieloni, niezależnie od wieku.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *