„Paterson” to najnowszy film Jima Jarmuscha, skomponowany jak wiersz, gdzie codzienna rutyna i kolejne dni tygodnia układają się w kolejne zwrotki, będące wariacjami na temat minionych.

Reżyser opowiada prostą historię, bez wielkich dramatów i szybkich zwrotów akcji, pokazuje wyimek ze zwykłego życia przeciętnego Kowalskiego. Kowalskim jest Paterson – kierowca autobusu bez imienia, który ma swój rytm dnia, niezmienne zwyczaje, drobne rytuały i prawdziwą pasję. Prowincjonalne miasto, które jest tłem życia głównego bohatera, to też Paterson.

„Wielkie rzeczy zaczynają się od drobiazgów codziennego życia.” Jim Jarmusch,  z wywiadu dla „The film stage”

Paterson – człowiek i Paterson – miasto zlewają się ze sobą podczas jazdy miejskiego autobusu, będącego niemym świadkiem ludzkich spotkań i rozmów, mijanych i oglądanych przez szybę ulic, gwaru przechodniów i codziennego pośpiechu, ale też stałych elementów codzienności, przestrzeganych jak w wojskowym drylu (co może, choć nie musi, wynikać z wojskowej przeszłości bohatera) – chwilę po szóstej pobudka Patersona (w tej roli świetny – oszczędny, ale wyrazisty – Adam Driver), poranne czułości z żoną Laurą (znakomicie zagraną przez Golshifteh Farahani), na śniadanie ulubione płatki, potem dobrze znana droga do pracy, prowadzenie autobusu, przerwa na lunch i powrót do domu, potem kolacja, chwila dla ukochanej, spacer z psem i relaks w ulubionym barze – od poniedziałku do niedzieli, każdego dnia tak samo, w stałym rytmie.

Widzimy zwykłe, nudne życie, w którego tle (a dla nas na ekranie) snują się układane przez Patersona strofy (których autorem jest Ron Padgett) ; osobiste wersy pełne odniesień do codzienności i refleksji na temat tak banalnych przedmiotów, jak pudełko zapałek.

Jarmusch pokazuje nam obraz świata, który nie przystaje do współczesnych wyobrażeń o spełnieniu i szczęściu. Nie ma tu wielkich ambicji, kariery, pieniędzy ani konfliktów. W tym filmie nie znajdziecie szybkich zwrotów akcji albo tajemnic do rozwikłania. Przygotujcie się na prostą historię o kimś, kto w erze selfie, nie ma nawet komórki; o kimś, kogo cechuje stoicki spokój – kto nie robi awantur i nie skarży się na los; na film, w którym w rolę czarnego charakteru wciela się  angielski buldog – Marvin!

Wbrew pozorom to film o poezji, nie o prozie życia, które dzięki swej przewidywalności i powtarzalności, uspokaja, pozwala zachować balans i przynosi szczęście (w końcu reżyserem jest buddysta). Całość, zdecydowanie wpisuje się w idee slow life albo modnego ostatnio hygge! Paterson to oaza codzienności w najlepszym tego słowa znaczeniu.

U Jima Jarmuscha zwykły kierowca miejskiego autobusu jest utalentowanym poetą, zaś otaczający go ludzie są specyficzni – to ekscentrycy, którzy mają swoje pasje i obsesje, a te mieszają się ze snami i rzeczywistym życiem – żona Laura, barwny motyl w biało-czarnych strojach, to przyszła gwiazda country, właściciel baru to aspirujący mistrz szachowy i miłośnik miasta, inny znajomy to nieszczęśliwie zakochany aktor, odgrywający co wieczór wariację z „Romea i Julii”, i w końcu Paterson ze swoim sekretnym notesem, gość bez imienia, ale za to z niezwykłą pasją do opisywania otaczającej go rzeczywistości.

Paterson jest świetnym obserwatorem, potrafi dostrzegać detale, łączyć drobiazgi i bawić się słowem, nie gubiąc szerszego kontekstu ani wątku. Nie zastanawia się nad sensem tego co robi, nie stawia sobie górnolotnych pytań, ani nie stawia siebie na piedestale – wręcz przeciwnie. W nim łączą się dwa różne światy – prozy i poezji. W tym filmie ciągle przewijają się „dwójki” – spotykane bliźniaki, pary, czarno-biała obsesja Laury, jakby wszystko wokół było dualne, miało podwójną naturę albo wymagało dopełnienia.

„Składaj nie idee, ale rzecz do rzeczy.” William Carlos Williams

Mężczyznę, który poezją żyje – w drodze do pracy, w czasie przerwy obiadowej, w domu – podglądamy, gdy skrzętnie notuje swoje refleksje i spostrzeżenia; jego ulubionym autorem jest William Carlos Williams (inspirujący się twórczością Franka O’Hary i innych twórców tzw. szkoły nowojorskiej), miejscowy pediatra, który oprócz pracy lekarza, tworzył poezję i tym rozsławił miasto, w którym mieszkał lata temu.

Okazuje się jednak, że z zapomnianą miejscowością w New Jersey, przed laty, związane były również inne znane osoby – Costello (z pary Abbot&Costello) mistrz parodii i burleski, Włoch Giuseppe Ciancabilla, ostatni prawdziwy anarchista, albo Iggy Pop, wspomniany tu, jako idol miejscowych nastolatek; wszyscy oni mają swoją „tablicę sław” w filmowym barze.

Jarmusch serwuje widzom sporo poezji, ale też różnorakich kulturowych odniesień i zapożyczeń, np. podczas wyprawy na stary horror „The Island of Lost Souls”, hollywoodzki klasyk z lat trzydziestych, który pozwala poczuć się jak w XX wieku – odnawiając amerykańską tradycję, żeby zjeść razem obiad a potem razem pójść do kina (stąd na sali tyle par!).

Paterson lubi tę codzienność: wieczorne spacery z Marvinem (psem, który wyprowadza go na spacer 😉 oraz rozmowy o chlubach miasta i lokalnych plotkach; najbardziej jednak ceni sobie ulubionych poetów, których książki stoją u niego w piwnicy, gdzie urządził sobie kącik do pracy. Stół otoczony regałami to jego samotnia, gdzie pisze wiersze miłosne do ukochanej żony. Nie czyta ich jej jednak. Laura zachęca męża do skopiowania sekretnego notesu, ale on bardzo niechętnie przystaje na jej prośbę, choć we wszystkich innych kwestiach jest naprawdę uległy – zobaczycie sami 🙂

„Pisz wiersz dla jednego odbiorcy. Nie pisz go dla całego świata. Pisz tak, jakbyś pisał list.” Frank O’Hara

Paterson, mimo że jest przeciętniakiem, który codziennie robi zwykłe rzeczy, robi je jednak z niezwykłym efektem! Wracając po pracy potrafi dostrzec bezdomnego i jego potrzeby (jest hojny), jako jedyny reaguje na incydent w barze (jest odważny), a w małej dziewczynce piszącej wiersze i zafascynowanej poezją Emily Dickinson, widzi równorzędną partnerkę do rozmowy (jest otwarty). Bo Paterson jest uważny! Można się od niego uczyć, jak żyć tu i teraz, zamiast wczoraj albo jutro. To również wyróżnia go z tłumu innych mieszkańców miasta.

„Człowiek w rzeczy samej jest miastem”. William Carlos Williams

W Paterson przede wszystkim mieszka utalentowany poeta – w człowieku i w mieście! To ktoś, komu, choć brakuje wiary we własne zdolności, nie wyobraża sobie innego życia. Ale choć poezja jest jego powołaniem i misją, przychodzi dzień, który stawia pod znakiem zapytania dalszą twórczość Patersona. Nieoczekiwane – zdarzenie a potem spotkanie – sprawiają, że musi na nowo określić swoje priorytety. Od nieznanego cudzoziemca, też poety, dowiaduje się, że co prawda język poezji jest uniwersalny, jednak jej przekład (próba tłumaczenia) jest już jak „prysznic w płaszczu przeciwdeszczowym”. To ważna scena. To właśnie wtedy Paterson usłyszy coś ważnego.

 „Czasami pusta kartka stwarza najwięcej możliwości.”

Więcej nie zdradzę, ale film obejrzeć warto (y) Jest jednym z najlepszych, jakie widziałam ostatnio 🙂

Udeostępnij